Czy coś łączy Mateusza Morawieckiego i protestujące w ostatnich miesiącach kobiety? Okazuje się, że tak – napisy na murach. Dziś, podobnie jak w przeszłości, stają się narzędziem wyrażania sprzeciwu, a ich treść odzwierciedla nie tylko gniew, ale i daje nadzieję na lepsze jutro.
Jak podaje Encyklopedia Solidarności, młody Morawiecki w 1981 roku brał udział w akcjach opozycyjnych, które miały na celu walkę z komunizmem. Jego działalność obejmowała zrywanie flag, rozklejanie plakatów oraz roznoszenie ulotek, które były narzędziem informacyjnym dla tych, którzy sprzeciwiali się ówczesnej władzy.
Malowanie haseł na murach, które w tamtych czasach miało znaczenie symboliczne i wyrażało pragnienie wolności, stało się dla niego aktem buntu. Morawiecki nie tylko uczestniczył w protestach, ale także angażował się w druk i kolportaż podziemnych pism, co wskazuje na jego głębokie zaangażowanie w walkę o prawa i wolności obywatelskie.

Tymczasem kilkadziesiąt lat później – w 2020 roku – wieszanie tęczowych flag na pomnikach definiowane jest przez niego jako wandalizm. Premier mówi o przekroczeniu pewnej granicy i próbie dzielenia społeczeństwa. Protesty kobiet, które według niego są nie do zaakceptowania, określa jako agresywne i wulgarne. Wspomina o niszczeniu symboli, pomników, murów i fasad kościołów.
Ale czy niszczenie mienia można stawiać na równi z zamachem na praworządność i regularnym ograniczaniem praw człowieka w Polsce? Z zaostrzeniem ustawy aborcyjnej przez Trybunał Konstytucyjny i traktowaniem kobiet jak żywych inkubatorów? Z brakiem realnego wsparcia dla osób niepełnosprawnych i ich opiekunów?
Według raportu opublikowanego w zeszłym roku przez Helsińską Fundację Praw Człowieka, (…) dostosowując prawo do politycznych celów, zastąpiono w Polsce rządy prawa rządami prawem. Za rządów Zjednoczonej Prawicy doszło do największego regresu w ochronie praw człowieka po 1989 roku.

Marta Lempart i Klementyna Suchanow, liderki Ogólnopolskiego Strajku Kobiet, mówią wprost – jesteśmy wkurwione. I to wkurwienie widać również wśród społeczeństwa. W Internecie i na ulicach wielu miast. W całym kraju i za granicą.
Z sondażu Kantara wynika, że aż 70 procent Polaków popiera trwające od 22 października protesty. Przejawy niezadowolenia społecznego widać na elewacjach, chodnikach i przystankach. Naniesione sprayem hasła uderzają przede wszystkim w PIS, kościół, Kaję Godek i Jarosława Kaczyńskiego. Można też natrafić na powtarzający się napis – piekło kobiet – i numer infolinii inicjatywy Aborcja bez Granic (22 29 22 597).