Przechadzając się po warszawskiej Pradze, nie sposób nie zauważyć jednego z różowych charakterów, pieszczotliwie nazywanych żylakami. Tworzy je Dorota, znana jako Miss Dorys. Ale poza tym, że potrafi malować i dobrze czuje się ze sprejem w dłoni, ma też sporo do powiedzenia – o środowisku streetartowym i tym, czy dziewczyny są mile widziane w graffiti.
Stworzyłaś cały Gang Obrzydliwiaków, ale nie ma co ukrywać – ludzie kojarzą Cię przede wszystkim z Żylakami. Pamiętasz historię pierwszego z nich? Możemy jeszcze na niego trafić na warszawskich ulicach?
Wydaje mi się, że pierwsze Żylaki namalowałam na Kolejowej, na opuszczonym dworcu. Malowałam wtedy z kolegą z Płocka, tatuatorem o ksywce Stuku. On namalował symbol WuTang Klanu, a ja domalowałam wychodzące z niego Żylaki. Zrobiłam też żylakowe graffiti DORYS. Wtedy Żylaki nie miały jeszcze oczu, tylko takie puste otwory i miały cienkie macki. Nie sądzę, aby te prace zachowały się do dziś, bo to mocno uczęszczane miejsce i sporo osób tam malowało od tej pory.

Były Remonty Warszawa, było Miau Crew, ale chyba najczęściej działasz sama?
Jak mam jakiś nowy pomysł na wrzutkę, to czuję ogromne ciśnienie, aby go wykonać. Nie mam wtedy głowy do umawiania się z ludźmi i dostosowywania do nich czasu czy miejsca akcji. Po prostu muszę iść na wybrany spot i zrobić tę rzecz, bo inaczej nie zaznam spokoju. Bardzo lubię malować sama, słuchać sobie muzy i dopracowywać szczegóły bez rozpraszania się rozmową.
Kocham też malowanie z ludźmi, to jest zupełnie inny wajb – łażenie po nocy, śmiechy, tagowanie, wygłupy. Albo piknikowe współprace dzienne – wymienianie się pomysłami, uczenie się od siebie nawzajem, planowanie kolejnych akcji, śpiew, taniec, miauczenie i przyjaźń. Bez tego wszystko byłoby bez sensu.
Teraz mam dwie ekipy. Pierwsza to Miau Kru z Gosią Wadadą, Duśką Zuo i Rurzową. To są moje przyjaciółki, wsparcie psychiczne i pogotowie hormonalne. Razem z dziewczynami realizujemy komercyjne zlecenia, prowadzimy warsztaty, organizujemy wydarzenia, chodzimy na pizzę i malujemy. Nawet jak się nie widzimy na żywo przez jakiś czas, to wiem, że mogę na nie liczyć w każdej chwili.
A druga ekipa?
To OWA, koledzy z Płocka, mojego rodzinnego miasta. To jest zabawna sytuacja, bo ja mam 41 lat, a oni od 18 do 22. Ja częściej robię street art, a oni graffiti. Ale bardzo dobrze się dogadujemy, w sumie rozmawiamy prawie codziennie. Uczę się od nich robienia takich klasycznych liter, tagowania, eksplorujemy wspólnie mazowieckie pustostany, słuchamy sobie rapsów. Ja im opowiadam jakieś historie z mchu i paproci, i mam wrażenie, jakbym cofnęła się w czasie, a to jest bezcenne.
Nie wiem, czemu oni chcą się ze mną kolegować, ale cieszę się, że chcą. W małych miastach tak jest. Jak cztery osoby mają podobną zajawę i odstają od szarej masy normalsów, to po prostu muszą trzymać się razem i drobne różnice pomiędzy nimi przestają być ważne.
Opowiesz coś więcej o Miau Crew?
Naszą misją jest zarażanie pasją kobiet i dziewczynek, zachęcanie i ośmielanie ich do bezczelnej, uwalniającej twórczości ulicznej. Teraz organizujemy wielki event Dziewczyny z podwórka. 22 czerwca w Terminalu Kultury Gocław odbędzie się pierwsze takie dziewczyńskie święto hip-hopu. Będą występować raperki, djki i b-girls, będzie kobiecy street art/graffiti jam, a także rampa i przeszkody dla skejterek. Do tego warsztaty, food trucki i dobra zabawa.
Na wydarzenie w roli uczestników zapraszamy absolutnie wszystkich: chłopaków, dziewczyny i osoby o wszelkich innych tożsamościach. Natomiast organizatorkami i osobami prowadzącymi aktywności są same laski. Strasznie jaramy się tym przedsięwzięciem, każda z nas marzyła o tym od lat.

No właśnie, a jak to jest z kobietami w szeroko pojętym street arcie? Środowisko zdominowane jest przez facetów, do głównego nurtu przebijają się tylko nieliczne artystki. To również faceci są częściej zapraszani do mediów i dyskusji publicznej.
Ja zawsze miałam takie zajawki, w których kobiety były mniejszością lub w ogóle ich nie było widać. Jak miałam 7 lat, poszłam do szkoły muzycznej i byłam jedyną dziewczynką w Płocku w klasie gitary. Jak miałam 17 lat, zaczęłam grać na saksofonie tenorowym i też byłam jedyną dziewczyną w całej orkiestrze. Potem zaczęłam malować sprayem i sporo czasu minęło, zanim spotkałam drugą dziewczynę zajmującą się czymś takim. Była to Nespoon.
Jak miałam kilka lat, myślałam, że trzeba być chłopcem, aby móc być przebojowym i robić fajne, niegrzeczne rzeczy. Kazałam ścinać sobie włosy na krótko, woziłam się w spodniach i z rękami w kieszeniach, a jak się komuś coś nie podobało, to biłam i gryzłam. Mówiłam wtedy na siebie Wojtek albo Igor.
Na szczęście około 9 roku życia odkryłam feminizm (w gazecie Filipinka) i zrozumiałam, że dziewczyny też mogą być fajne, niegrzeczne i przebojowe, tylko muszą o to trochę bardziej powalczyć i nie przejmować się z niemiłymi komentarzami, zdziwieniem dorosłych i niechęcią rówieśników.
Cieszę się, że żyję w takich czasach, kiedy to wszystko tak dynamicznie się zmienia. Status kobiet w popkulturze, sztuce i społeczeństwie ogółem w ciągu ostatnich 30 lat zmienił się totalnie – widać nas, słychać nasz głos, mamy znacznie więcej do powiedzenia, wspieramy się i jednoczymy. Faceci zaczynają co nieco rozumieć. Zajebiście jest być częścią tej rewolucji!
Miejmy więc nadzieję, że i tutaj coraz głośniej będzie słychać głos kobiet.
Myślę, że za kilkanaście lub kilkadziesiąt lat sytuacja kobiet i mężczyzn tworzących street art się wyrówna. Pewnie mam optymistycznie skrzywiony obraz, bo na Instagramie obserwuję mnóstwo graficiar i artystek ulicznych, więc przez to wydaje mi się, że jest nas dużo.
Ja akurat też dosyć często jestem zapraszana do wypowiadania się na tematy uliczne, zwłaszcza w środowiskach naukowych, na konferencjach i szkoleniach związanych z edukacją czy resocjalizacją. Często udzielam wywiadów do prac doktorskich czy magisterskich. Pewnie dzieje się tak dlatego, że mam dosyć medialną naturę – lubię występować i nie mam problemu z publicznym przemawianiem, nie jestem też anonimowa i łatwo mnie znaleźć w internecie.
Myślę, że dziewczyny rzadziej robią street art czy graffiti, ponieważ jest to niegrzeczne, nielegalne i czasami niebezpieczne, a my od urodzenia jesteśmy uczone, aby unikać takich rzeczy. W graffiti dochodzi do tego także toksyczna męskość i niedopuszczanie do dzielenia się zajawką z osobami uznawanymi za słabsze czy gorsze.

Chcesz powiedzieć, że dziewczyny uznawane są z góry za gorsze?
Wiem, że writerzy jarają się samym widokiem malujących dziewczyn, bo ich to kręci – spray plus ładna buzia czy wypięty przy malowaniu tyłek. Ale jak przychodzi co do czego, jest jakaś wyprawa na panele czy nocne tagowanie, to okazuje się, że nie jesteśmy tam aż tak mile widziane i możemy co najwyżej postać na obczajce albo porobić chłopcom zdjęcia podczas malowania.
Chłopaki mają takie marzenia, żeby zrobić dziewczynie wrzutkę markerami na cyckach albo na dupie i pochwalić się kolegom. Wtedy dziewczyny są mile widziane w graffiti, wpisują się w narzuconą rolę miłej dla oka zabawki. Oczywiście nie jest to prawda uniwersalna, bo i wśród grafficiarzy są tacy, którzy już coś tam kumają i są bardziej otwarci na ciekawostki, typu malująca panna, i może nawet pozwolą czasem którejś z nas być w ekipie bez konieczności chodzenia z jednym z nich.
Mnie akurat nigdy nie spotkała jakaś odmowa w sprawie wspólnego malowania, ustawianie do kąta czy seksistowskie zachowanie ze strony kolegów. Mam same pozytywne lub neutralne doświadczenia z ustawek z chłopakami. Ale to pewnie kwestia mojego wieku i osobowości oraz tego, że naprawdę dobrze maluję i niczego od nich nie potrzebuję.
Przeczytaj drugą część rozmowy: Street art na Pradze – rozmowa z Miss Dorys
Rozmowa z Dorotą Cieślik, znaną szerzej jako Miss Dorys – artystką street art, malarką, z wykształcenia psycholożką i trenerką. Tworzy swoje postaci na ulicach polskich miast, przede wszystkim na warszawskiej Pradze, a także za granicą, chociażby w Berlinie, Amsterdamie i Lizbonie.