BerriBlue – street art inspirowany snami

Na ulicach europejskich miast znajdziemy ponad sto prac stworzonych przez BerriBlue. Dla przechodniów to tylko street art. Dla artystki coś więcej. Kolorowe płytki ceramiczne, które tworzy, zdają się mówić – tu byłam, tu czułam się dobrze, jak w domu.

Swoją przygodę z kaflami rozpoczęłaś już jakiś czas temu, po kilku latach spędzonych w Portugalii. Na zainteresowanie tą techniką zapewne miały wpływ tamtejsze azulejos.

Moja miłość do azulejos zaczęła się jeszcze wcześniej, bo już w 2009 roku, gdy jako nastolatka po raz pierwszy odwiedziłam Lizbonę. Zachwycałam się wtedy tamtejszymi stacjami metra – każda z nich była udekorowana płytkami ceramicznymi, mozaikami stworzonymi przez różnych artystów.

Azulejos BerriBlue w Porto
Zdjęcie z archiwum BerriBlue

Później sama nauczyłam się tej techniki. Gdy Twoje otoczenie przesiąknięte jest sztuką, z czasem możesz przestać dostrzegać i doceniać piękno, które na co dzień masz przed oczami, na wyciągnięcie ręki. Przywiezienie azulejos za granicę, do innych europejskich miast, było dla mnie niezwykle satysfakcjonujące.

Wierzę, że w przedmiotach fizycznych tkwi ogromna siła. Można ją poczuć, gdy znajome tekstury i techniki pojawiają się w nowym otoczeniu, przeplatają się z tym, co nieznane.  

Miałaś okazję eksperymentować z innymi formami street artu?

W Dublinie, przed przeprowadzą do Portugalii, byłam już uznaną malarką, ale sztukę tworzyłam też na ulicy. Pracowałam głównie z wlepkami i  wielkoformatowymi wyklejankami (paste-ups). To przede wszystkim z nich byłam znana przez lata w Portugalii, nawet po rozpoczęciu przygody z ceramiką, jednak to azulejos stały się moim głównym medium.

Uwielbiam też malować na zwykłym szarym papierze do pakowania. Wykorzystuję do tego farby do wnętrz i pastele. Dzięki temu mogę uzyskać tekstury, głębię i kolory, których zwykle nie spotyka się na ulicach.

W pracowni artystycznej BerriBlue
Zdjęcie z archiwum BerriBlue

Można odnieść wrażenie, że Twoje prace często wpasowują się w przestrzeń, nie są ozdobnikiem oderwanym od kontekstu i otoczenia.

Większość moich prac została zaprojektowana z myślą o konkretnych miejscach. Zwłaszcza azulejos, które w pewien sposób stają się elementem architektury. Są niezwykle trwałe, ale też czasochłonne i cenne, dlatego wcześniej sprawdzam wymiary danej przestrzeni.

Nic nie istnieje w próżni, każdy element jest powiązany z danym kontekstem, więc zawsze ostrożnie wybieram ściany. Dużą rolę w tym procesie odgrywa też światło, podobnie jak faktura ściany i charakter danej ulicy, jej flow.

Zazwyczaj wybieram miejsca, które lubię i do których chętnie wracam. Z Polski wyjechałam w bardzo młodym wieku. Zawsze poszukiwałam własnej definicji domu. Cementowanie prac w miejscach, które odwiedzam, daje mi pewnego rodzaju poczucie trwałości i przynależności.

Mozaiki podpisujesz swoim pseudonimem – BerriBlue. Budujesz w ten sposób swoją rozpoznawalność? A może traktujesz to symbolicznie – jak w malarstwie – jako przypieczętowanie dzieła, uznanie, że jest skończone.

Nigdy nie dążyłam do anonimowości, chociaż w street arcie uwielbiam to, że pozwala uniknąć bezpośredniego powiązania pracy z artystą. Dzieło pojawia się w nowych kontekstach, jest bardziej podatne na reakcje i ewentualne uprzedzenia przechodniów.

Podpisywanie prac jest dla mnie istotne. Daje mi poczucie własności czegoś, co oddaję miastu, co nie jest już moje. To początek i koniec. Prace zaczynają żyć własnym życiem, są niezależne ode mnie, ale nie są niczyje – naznaczone są nie tylko moim pseudonimem, ale też unikalnym stylem.

Mozaika BerriBlue przy Mokotowskiej w Warszawie

Stworzyłaś własną estetykę, ale też własny język wizualny. Na Twoich pracach często powtarzają się te same elementy – dłonie, psy, oczy, portrety kobiet.

Przez lata uczyłam się tworzyć intuicyjnie, bez nadmiernego myślenia. Zdałam sobie sprawę, że próba wcześniejszego nadania znaczenia wszystkim elementom, które składają się na obraz, jest jak próba odtworzenia i namalowania snu. To działało, ale traciłam wtedy pewną magię i tajemniczość, którą mogła wykreować tylko moja podświadomość.

Gdy maluję, rzeczy dzieją się same. Zazwyczaj przedstawiam myśli, które pojawiają się w mojej głowie. Zwierzęta i przedmioty symbolizują różnych ludzi i miejsca. Nadaję sens temu, co dzieje się w zagadkowej podświadomości. Rozpracowuję chaos, który mam w głowie.

Jest jeszcze jedna sprawa. Na ulicy prace nabierają nowego znaczenia. Procesy myślowe, które doprowadziły mnie do stworzenia danego dzieła, do mojego osobistego wizualnego wyrazu, spotykają się z odbiorcami. Ci interpretują je na nowo, na swój sposób. Nadają im własne znaczenie.

Niedawno przeprowadziłaś się do Warszawy i od razu wprowadziłaś sporo świeżości na tutejszych ulicach. Już dawno nie było tak świadomej artystki, która konsekwentnie wypełniałby przestrzeń miejską kolejnymi dziełami, zwłaszcza w Śródmieściu. Czy prace innych osób zwróciły Twoją uwagę?

Odkąd tu przyjechałam, często trafiam na duże czarne postacie, powielane na różnych ścianach. Przypominają trochę cienie, niektóre z nich mają wiele kończyn. Nie wiem, kto je tworzy, ale wyróżniają się, wyglądają bardzo świeżo. W Portugalii realizowałam podobny projekt, nazwałam go Around the Corner.

Wiele moich prac jest inspirowanych snami. Tak też było w tym przypadku. We śnie przechodziłam przejściem podziemnym w Sopocie. Towarzyszyła mi babcia. Nagle zobaczyłam przed sobą śmierć – czarną, bardzo wysoką postać. Myślałam, że czeka na moją babcię, ale gdy zbliżyłyśmy się do niej, pochyliła się nade mną i pocałowała.

Around the Corner - street art BerriBlu w Portugalii
Zdjęcie z archiwum BerriBlue

Gdy się obudziłam, cała roztrzęsiona, chciałam jak najszybciej odtworzyć to uczucie, ten sen. Zaczęłam malować podłużne czarne postacie w różnych uliczkach i zaułkach. Malowałam odręcznie farbą na ścianie – było to jednym z moich ulubionych zajęć.

Skoro o portugalskich ulicach mowa, czy tamtejsze podejście do street artu różni się od tego, które znamy z Polski?

W Portugalii azulejos naturalne komponują się z przestrzenią publiczną, od wieków są elementem tamtejszej kultury. W Polsce taka forma sztuki może być odbierana jako buntownicza, w końcu tego typu kafelki nie są tutaj czymś typowym. Wpisana jest też w nią większa tymczasowość, kafelki znikają lub są niszczone.

Inne są też reakcje ludzi. W Portugalii unika się mroczniejszej estetyki i brutalnych obrazów, które mogłyby zostać odebrane jako szokujące. Ludzie mogliby też posądzić takiego artystę o szukanie atencji poprzez celowe wzbudzanie kontrowersji.

Tutaj sztuka odbierana jest w inny sposób, być może z większą wrażliwością i ciekawością. Choć mam wrażenie, że Polacy są bardziej pruderyjni i mogą nie zaakceptować w przestrzeni publicznej odważniejszych prac, w których sięgam po motywy seksualne. W Portugalii nie miałam z tym problemu.

BerriBlue w swojej pracowni
Zdjęcie z archiwum BerriBlue

Ludzie też w zupełnie inny sposób korzystają z miast. Wszystko oczywiście za sprawą klimatu. Portugalskie zimy nie są aż tak chłodne, więc ludzie mogą sobie pozwolić na przebywanie na świeżym powietrzu przez cały rok. Korzystają z tego, co daje im miasto. Chłoną sztukę, która ich otacza.

Gdzie warto rozglądać się za street artem w Porto?

Prawdę mówiąc, całe miasto jest pełne street artu i graffiti, ale przede wszystkim polecam spacer Rua Miguel Bombarda. Ulica znajduje się w Cedofeita, artystycznej dzielnicy Porto.

Co było dla Ciebie największym wyzwaniem tuż po przeprowadzce?

Polska jest krajem nacechowanym bardzo politycznie, ma trudną przeszłość, więc wszystkie obrazy, zwłaszcza w kontekście sztuki publicznej, istnieją już na wstępie na pewnej ugruntowanej płaszczyźnie – znaczeniowej i kontekstowej.

Na moich niektórych pracach znajdują się kości i czaszki. Znając historię Warszawy, powstrzymywałam się przed umieszczaniem ich na ulicach. Czułam, że mogłyby zostać nieodpowiednio odebrane, jako komentarz do krwawej przeszłości stolicy.  

Czymś, do czego muszę się przyzwyczaić, są trudności, które mam ze znalezieniem odpowiednich przestrzeni dla azulejos. W Portugalii o wiele łatwiej jest dopasować kafle do naturalnych wnęk. W Warszawie wiele budynków jest okazałych, szerszych i masywniejszych. Trudniej o odpowiednie zakamarki w elewacjach, które mogłabym wypełnić swoją sztuką, ale traktuję to jako wyzwanie.

Mozaika BerriBlue przy Placu Konstytucji w Warszawie

Pokochałaś Warszawę?

Pokochałam w Warszawie jej wrodzoną nostalgię. Zdaje się, że wiele polskich miast ma delikatnie mroczniejszy, bardziej tajemniczy charakter. Ludziom często towarzyszy melancholia, ale nie odbierają jej negatywnie. Przemawia do mnie tutejsze poczucie vanitas.


Rozmowa z BerriBlue – urodzoną w Polsce artystką uliczną i malarką. W wieku 13 lat przeprowadziła się do Dublina, gdzie ukończyła National College of Art and Design. Przez miłośników street artu znana jest przede wszystkim z prac tworzonych na płytkach ceramicznych. Techniką azujelos zainspirowała się w Portugalii, gdzie mieszkała przez kilka lat. Dzieła BerriBlue znajdziemy między innymi na ulicach Lizbony, Porto, Warszawy, Londynu i Aten.