Przestrzeń publiczna współczesnych miast nie jest demokratyczna – jest zbiorem narzuconych nakazów i zakazów, których bezrefleksyjnie przestrzegamy. Clet Abraham, francuski artysta, uznał ten stan za nieakceptowalny. Jego modyfikacje znaków drogowych, na które możemy natrafić przede wszystkim we Florencji, są czymś więcej niż tylko wizualnym dowcipem.
Zanim jednak Clet Abraham, urodzony w 1966 roku w Bretanii, zrewolucjonizował włoskie ulice, przeszedł długą drogę. Studiował w Europejskiej Akademii Sztuki w Rennes. Wybrał tę uczelnię, bo jak sam podkreśla w wywiadach, kocha sztukę i kobiety. Później przez lata mieszkał w Rzymie, gdzie pracował jako konserwator mebli i stolarz.
Do Florencji przeprowadził się w 2005 roku, tuż po rozwodzie. Znaki zaczął przerabiać kilka lat później, gdy coraz mocniej czuł, że w tym mieście coś nie gra. Jego zdaniem Florencja chce być postrzegana wyłącznie jako elegancka ikona, pełna renesansowej sztuki i bogactwa historycznego. W rzeczywistości miasto jest ogarnięte przez chaos, a ulice pokrywają wszechobecne znaki drogowe.

W 2010 roku wybrał się na pierwszą nocną akcję, uzbrojony w przygotowane wcześniej wlepki, dzięki którym przekształcał znaki. Nie chciał ich niszczyć. Chciał tworzyć alternatywne komunikaty. Szczególnie drażniły go zakazy wjazdu. Zdaniem Cleta, zdejmowały one z kierowców odpowiedzialność za zdroworozsądkowe myślenie i świadczyły o traktowaniu ludzi jak idiotów.
Klasyczne studia artystyczne nie pozostały bez wpływu na jego wrażliwość. Zapytany w jednym z wywiadów o swoje najważniejsze inspiracje, wskazał na malarstwo Pietera Bruegla:
Patrząc na sztukę Bruegla, zrozumiałem, czym jest sztuka – przynajmniej dla mnie. To komunikowanie idei, nawet tych złożonych, jak największej liczbie ludzi. Bruegel opowiadał historie w prosty sposób. Mogłeś być analfabetą, ale patrząc na jego dzieła, odbierałeś przekaz. Czy zależałoby mi na tworzeniu sztuki dla elity? Nie. Tworzę, aby pomagać innym, oferować chwile refleksji, dzielić się pomysłami.
Artysta jest też niezwykle krytyczny wobec modnego trendu wykorzystywania street artu przez deweloperów i lokalne władze do rzekomej rewitalizacji zaniedbanych dzielnic. Dla niego prawdziwy street art musi pozostać nielegalny, wolny od instytucjonalnego kagańca.
Władze pozwalają tworzyć street art w brzydkich miejscach, na przykład w przejściach podziemnych. Chętnie pracuję na peryferiach, ale nigdy nie przyjmuję ofert, których celem ma być pudrowanie okolicy. Zakrywanie biedy street artem nie przynosi realnej rewitalizacji. Żeby rozwinąć dzielnicę i realnie wpłynąć na jakość życia, jej mieszkańcom trzeba zapewnić lepsze usługi i infrastrukturę.

Choć Clet używa łatwo usuwalnego kleju i nie niszczy znaków, wielokrotnie płacił mandaty i ścierał się z urzędnikami. Dziś władze w końcu zrozumiały znaczenie tej sztuki dla współczesnej tożsamości Florencji. Zmodyfikowane znaki stały się nową, żywą galerią, która zmusza do zatrzymania się w zgiełku miasta i przyciąga poszukiwaczy sztuki ulicznej z całego świata.
Źródła: (1) guidemeflorence.com/clet-abraham-street-art-florence