Dorys od 14 lat mieszka na Pradze Północ. Docenia sąsiedzką atmosferę dzielnicy i spontaniczne rozmowy z przechodniami; mnogość knajp, klubów i galerii artystycznych. Od niedawna, poza tworzeniem na ulicach i organizowaniem warsztatów, rozwija tu własną pracownię ElektroŻylaki.
Najwięcej Twoich prac znajdziemy na Pradze Północ. To tam spomiędzy starych cegieł i obdrapanych tynków wydostają się Żylaki. Czujesz, że to właśnie Praga jest Twoim miejscem?
To totalnie moje miejsce na świecie! Tak najbardziej to chciałabym mieszkać w domku nad morzem w Hiszpanii, ale dopóki go nie mam, to Praga jest the best. Mieszkam tu od 14 lat i bardzo doceniam sąsiedzkie klimaty. Nie mogę się nadziwić, ilu fajnych ludzi może mieszkać obok siebie. Super jest to, że niewiele osób się tu spieszy, nie ma takiego korpo klimatu. Wiele osób siedzi codziennie w kawiarniach i zaprzyjaźnionych pracowniach, stoją sobie na ulicy i gadają, czasem coś tworzą. Jest bezstresowo.
Moje poprzednie mieszkanie było na granicy Bielan i Żoliborza, ale tam nie było tak fajnie. Tam tylko zieleń była ok, ale nie czułam się związana z tym miejscem. Tutaj od razu nawiązałam sąsiedzkie znajomości i zaczęłam wrastać w tkankę tej dzielnicy, mieć na nią wpływ. Najpierw poprzez pracę w lokalnej kawiarni, później przez pracę z młodzieżą i współpracę z tutejszymi stowarzyszeniami, malowanie po ulicach, organizowanie wydarzeń, aż po założenie Stacji Praga, a niedawno ElektroŻylaków.

Opowiesz coś więcej o ElektroŻylakach?
W styczniu tego roku, po dwóch latach współpracy i tworzenia Stacji Praga, wypisałam się z tego miejsca. Zaczęłam rozwijać własną pracownię ElektroŻylaki przy Konopackiej 8. Teraz urzęduję u siebie. Dopiero co skończyłam remont, powoli rozkręcam się z działalnością twórczą i warsztatową oraz sprzedażą autorskich gadżetów.
Z tego, co widzę, to jest totalny boom na street art i graffiti. To jest temat, który rozgrzewa osoby w różnym wieku i z różnych grup społecznych. Zgłaszają się do mnie szkoły, firmy i domy kultury. Chcą robić warsztaty streetartowe, a ja się cieszę, bo bardzo lubię, jak ludzie w różnym wieku zarażają się moją pasją. No i może dzięki temu będzie pojawiało się więcej ciekawych rzeczy na ulicach.
Najbardziej cieszy mnie fala młodych dziewczyn zainteresowanych tą formą sztuki. Szczególnie na nasze warsztaty organizowane przez Miau Kru zgłasza się mnóstwo dziewczynek, które mają swoje pomysły na wrzutki, chcą malować sprayem i uczyć się tego od nas. To jest wręcz wzruszające!
Street art może być sztuką zaangażowaną społecznie, ale może być też narzędziem zmiany społecznej. Czy w Warszawie dzieje się wystarczająco dużo, by aktywizować lokalne społeczności?
Faktycznie, street art i graffiti to takie aktywności, do których lgnie młodzież z różnych środowisk, również tych niezbyt zainteresowanych tradycyjnymi formami sztuki czy zajęciami w domach kultury. Pewnie dlatego, że jest to coś na pograniczu legalności, tajemniczości i mody na hip-hop.
Patrząc na działalność praskiej Fundacji Twoja Pasja, widzę, że można resocjalizować ludzi poprzez zajawę – taniec, rap, street art, sporty miejskie czy djowanie. Że można przez zachęcanie do wyrażania siebie w którejś z tych dziedzin, pomóc im wyjść na prostą, znaleźć sens w życiu, dać upust trudnym emocjom. Myślę, że takich organizacji i zajęć powinno być znacznie więcej. Chciałabym, aby miasto i korporacje przyznawały sowite granty na takie działania.
Najważniejsze jednak, aby te aktywności były prowadzone przez odpowiednie osoby – które mają charyzmę, potrafią się dobrze komunikować. Są autentyczne i empatyczne, ale też tolerancyjne, otwarte na inność i cierpliwe. Potrafią przekazać wiedzę i umiejętności, a także same żyją swoimi zajawkami. Raczej nie znajdziemy ich wśród pedagogów z uniwerku. Takich wychowawców, którzy sami wyszli z życiowego syfu dzięki pasji, znajdziemy na ulicy. Each one teach one – jak mówi Pedagogiczna Księga Ulicy.

Gentryfikacja nie jest już tylko pustym hasłem. Praga zaczęła się mocno zmieniać, deweloperzy zaczęli wciskać nowe budynki, gdzie tylko się da. Tym samym zmieniła się estetyka samej okolicy. Myślisz, że ciągle będzie tu miejsce na nowe graffiti?
Obecnie jest tu duża tolerancja na street art. Wiele razy malowałam coś w ciągu dnia, mijały mnie dziesiątki ludzi, a nawet policyjne wozy i nie było żadnego problemu z tym, co robię. Natomiast szczególnie w ciągu ostatnich dwóch lat pojawiło się na ulicach Pragi mnóstwo lepszych i gorszych tagów. Wiem, że wielu ludzi ma tego dosyć. Są wkurzeni, bo woleliby mieć gładką, jednokolorową fasadkę.
Jeśli podążać za memami, to street art podnosi prestiż dzielnicy, a graffiti go obniża. Ludzie lubią ładne obrazki, z którymi można zrobić sobie oryginalne selfie. Chodzą na wycieczki z przewodnikiem, aby poznać historię murali i wrzutek. A graffiti ich denerwuje, bo go nie rozumieją i czują, że nie jest robione dla ich przyjemności. Nie mają nad nim kontroli, dlatego woleliby się go ze swojej okolicy pozbyć.
Gentryfikacja ma swoje plusy i minusy. Plusy są takie, że poprawia się czystość ulic. Miasto zaczęło dbać o zieleń, są nowe nasadzenia, ładne kwiatki, a ulice są częściej sprzątane. Wprowadzają się ludzie sprzątający po swoich psach, jeżdżący rowerami, ciekawi tego, co tu się dzieje. Pojawia się coraz więcej aktywistów i wykształconych wolnozawodowców, którzy chcą mieć wpływ na wygląd i komfort swojej dzielnicy. Kreatywni ludzie, którzy wybrali Pragę na swój nowy dom, tworzą fajne miejsca i wspierają lokalność.

A minusy?
Minusy to niestety drożyzna, sztuczne handlowo-mieszkaniowo-artystyczne przestrzenie, które udają fajne miejscówki i restauracje z malutkimi talerzykami po 50 pln. Horrendalne ceny mikroapartamentów, z których większość nie zostanie zamieszkana przez fajnych ludzi, tylko stanie się lokalami na wynajem dla turystów. Do tego grodzone osiedla, przez które nie można przejść ani na nich posiedzieć. Beton i szkło zamiast cegły i trawy, wszechobecne kamery i coś, czego się boję i brzydzę najbardziej – konfidenci, ludzie dzwoniący z byle powodu na policję.
Można powiedzieć, że wspólnie z Praktisem, Nocnym Markiem oraz Igorem, znanym jako Niebieski Robi Kreski, zawłaszczyliście tę dzielnicę.
Praktis pojawił się tu 3 lata temu i z buta zaczął swoją kolorową inwazję. Sąsiedztwo tak aktywnego malarza motywuje i nakręca mnie do działania. Jak czasem nie chce mi się wyjść z chaty, to mówię sobie – idź i namaluj, zanim Praktis tam wjedzie. No i idę, i maluję. I dzięki temu jest więcej fajnych obrazków w okolicy. A Nocny i Niebieski bywają tu na występach gościnnych, bo oni są raczej z południowej Warszawy.
Ale street art to już nie tylko ulice. Coraz częściej artyści wystawiają się w galeriach, a ich dzieła pojawiają się na aukcjach, chociażby tych organizowanych przez DESA Unicum.
Z tym sprzedawaniem prac na aukcjach i w galeriach mam zgrzyt wewnętrzny. Z jednej strony cały czas walczę o to, by żyć ze sztuki, więc fajnie, jak nagle wpada mi do kieszeni parę tysiaków za jeden obraz, a z drugiej chciałabym, aby moje rzeczy były dostępne dla różnych ludzi, nie tylko tych bogatych. Dla mnie ważniejsze jest, żeby one kogoś cieszyły niż żeby były drogie.

Wiesz może, kim są ludzie, którzy szukają estetyki znanej ze street artu nie na ulicach, a właśnie w galeriach? Albo co więcej – chcą mieć kawałek sztuki ulicznej w swoim mieszkaniu?
Parę razy brałam udział w aukcjach DESY Unicum Sztuka Ulicy i kilka moich rzeczy zostało kupionych, z czego się cieszę i jestem wdzięczna, że komuś się aż tak spodobały. Mam nadzieję, że je sobie powiesili i oglądają, a nie trzymają w magazynie jako inwestycję. Strasznie mi smutno, jak pomyślę, że żylak, którego stworzyłam od serca, siedzi gdzieś w ciemności, kurzy się i nie ma nawet do kogo puścić oczka.
Trudno mi powiedzieć, co to są za ludzie, bo osobiście znam niewiele osób, które stać na obrazki po kilka tysięcy złotych. Moje korzenie są punkowe, mam lewicowe poglądy, a nawet powiedziałabym, że anarchistyczne. Obracam się raczej w środowisku alternatywnym i nie wiem, jak to jest być bogatym, jaki ci ludzie mają porządek myślenia.
Ostatnio sporo mówi się o nowej kładce, która połączyła lewy i prawy brzeg Wisły. Wydaje się, że większość osób traktuje ją jako atrakcję samą w sobie i po przejściu na Pragę nie zapuszcza się dalej, nie odkrywa okolicy. Czym dzielnica może przyciągnąć do siebie?
Przede wszystkim można zobaczyć autentyczną przedwojenną architekturę Warszawy i wyobrazić sobie, jak miasto wyglądało 100 lat temu. Kolejna sprawa to ślady wielokulturowości – szczególnie bogata historia żydowska, którą dokładniej można poznać na cmentarzu przy Rondzie Żaba i w Muzeum Warszawskiej Pragi, gdzie prowadzę zajęcia dla młodzieży.
Muzeum Pragi jest świetne, bo w dużej mierze jest stworzone przez mieszkańców. Mamy tu gadżety przyniesione przez sąsiadów i wyeksponowane w instalacji Latający Dywan. Mamy bogate archiwum historii mówionej w sali wyłożonej sztuczną trawką. Można tam godzinami leżeć na poduchach i odsłuchiwać kolejne nagrania z osobistymi wspomnieniami ludzi, oglądać ich zdjęcia oraz video. To mój ulubiony sposób poznawania historii!
Na Pradze można też odpocząć. Przysiąść sobie na schodkach, na ławce czy w kawiarence i wejść w ten panujący tu stan powolności i rozlazłości, niespiesznej kawusi i dziwnych rozmów z przechodniami. Poza tym jest tu zieleń i natura – Park Praski, ZOO czy łąki na Golędzinowie, gdzie można cały dzień leżeć nago w krzakach i czuć się jak na wakacjach.

Praga to też kultura i sztuka.
To małe galeryjki i szalone konglomeraty kreatywności jak Stacja Praga, alternatywne kluby jak Chmury czy Hydrozagadka z podwórkiem pełnym street artu. Otwarte pracownie i sklepiki prowadzone przez artystów, pasjonatów i rzemieślników.
To też Bazar Różyckiego, gdzie w zeszłym roku wjechała nowa, zapalona ekipa i organizuje świetne wydarzenia – targi vintage, pokazy mody, wystawy, a nawet wróżbiarstwo. Są tam dwie knajpki – Czacza serwująca matchę i Środek, gdzie można zjeść w weekend śniadanie, kupić niepowtarzalny ciuch, zrobić wystawę, obejrzeć prace sióstr założycielek i miło pogawędzić.
Te atrakcje znajdziemy od strony ulicy Targowej. A od Brzeskiej warto zajść na pyszne jedzenie, które serwują Pyzy Flaki Gorące i odwiedzić nowo powstającą knajpę wege o nazwie Mistyk. Wcześniej była tam Psota, też super wege knajpa. Wiele osób przyjeżdża też na Pragę dla street artu. No i fajnie!
Przeczytaj drugą część rozmowy: Miss Dorys – dziewczyny rzadziej robią street art i graffiti
Rozmowa z Dorotą Cieślik, znaną szerzej jako Miss Dorys – artystką street art, malarką, z wykształcenia psycholożką i trenerką. Tworzy swoje postaci na ulicach polskich miast, przede wszystkim na warszawskiej Pradze, a także za granicą, chociażby w Berlinie, Amsterdamie i Lizbonie.