I jesteś takim nurkiem, którego nurt życia po prostu niesie i wyrzuca w jakieś niezrozumiałe miejsca – mówi Mihas Mishuk. Dziś, gdy artysta otwiera przed sobą nowy rozdział w Niemczech, wracamy do jego historii: od białoruskiej Akademii Sztuk Pięknych po tworzone w Warszawie instalacje.
Pochodzisz z Białorusi, tam też ukończyłeś Akademię Sztuk Pięknych w Mińsku. Czy tworzenie sztuki ulicznej w Twoim rodzinnym kraju różni się czymś od robienia tego w Polsce?
Na Białorusi sytuacja ze sztuką uliczną jest bardzo skomplikowana. Nieoficjalnego, nielegalnego street artu praktycznie tam nie ma. Albo istnieje tak krótko, że jeśli zrobisz coś pod osłoną nocy, rano możesz nawet nie zdążyć tego sfotografować. Oczywiście możesz stworzyć coś w jakiejś zapomnianej bramie, przez którą nikt nie chodzi, albo w lesie czy opuszczonym domu – ale nie w miejscach, w których pojawiają się ludzie.
Cała miejska przestrzeń jest sterylnie czysta. Czujesz się tam trochę jak na sali operacyjnej. Zostało tylko coś, co u nas nazywa się żesfartem. Są to instalacje i malowidła tworzone w różnych miejscach przez służby komunalne, według ich własnego rozumienia piękna. Ale to osobny temat, temu rodzajowi sztuki poświęca się nawet prace naukowe.
Jest też coś takiego jak fuprimatyzm, czyli pokrywanie ścian różnymi geometrycznymi, nieregularnymi figurami w wielu kolorach, które powstają przy zamalowywaniu tagów i graffiti. Takich powierzchni w mieście jest mnóstwo. No i oczywiście sztuka propagandowa, którą władza wykorzystuje do własnych celów, gloryfikując siebie i swoje wartości.
A jak to wyglądało przed rewolucją?
W 2020 roku, podczas rewolucji, miała miejsce duża fala sztuki publicznej w przestrzeni miejskiej. W pewnym momencie był to stosunkowo bezpieczny sposób na wyrażenie siebie. Teraz grozi za to odpowiedzialność karna. We wcześniejszych latach (2015-2019) w Mińsku odbywał się też festiwal, w ramach którego powstawało wiele murali tworzonych przez międzynarodowych artystów. Dzisiaj trudno sobie coś takiego wyobrazić.
Obecnie nawet wystawy nie można tam zorganizować bez zgody władz. Chociaż ludzie robią wystawy w swoich domach i pracowniach, odwiedzając się nawzajem. Tylko proszę, nie mówcie o tym białoruskim władzom, bo jeszcze zakażą odwiedzin albo każą uzyskiwać na nie zgodę KGB.

Kojarzony jesteś przede wszystkim z postacią nurka, który symbolizuje migranta. Gruby skafander ma go chronić przed nieznanym. Jaka jest jego historia?
Wszystko zaczęło się w 2013 roku. Kończyłem Akademię Sztuk Pięknych i nie wiedziałem, co dalej robić, czym się zająć i gdzie będę potrzebny. Kończysz szkołę z określonymi umiejętnościami, ale zupełnie nie wiesz, co czeka cię później. I jesteś takim nurkiem, którego nurt życia po prostu niesie i wyrzuca w jakieś niezrozumiałe miejsca.
Tak właśnie zrodziła się ta postać, która w pewnym sensie symbolizowała mnie w tamtym okresie. Rysowałem w domu, a spacerując po mieście przyklejałem swoje prace w różnych miejscach. Te spacery pomagały mi radzić sobie z niepewnością i odwracały uwagę. Świat wokół był niezrozumiały, a nurkowie byli znajomymi punktami orientacyjnymi w przestrzeni.
Ale po jakimś czasie, gdy moje życie się poukładało, odłożyłem twórczość na bok. Znalazłem pracę, zrozumiałem, czym chcę się w życiu zajmować i po prostu zapomniałem o tej postaci. Przez osiem lat nic nie tworzyłem.
Jednak wróciłeś do klejenia nurka.
W 2020 roku w moim kraju odbyły się wybory prezydenckie – sfałszowane wybory. Rozpoczęły się protesty, brutalnie tłumione przez władze. Uruchomiono machinę represji, która dotknęła ogromną liczbę ludzi. Musiałem wyjechać.
Na emigracji wróciło do mnie poczucie niepewności. Brak wiedzy, co będzie jutro i gdzie się znajdziesz. I mój bohater powrócił, bo znowu nadszedł jego czas. Teraz jest nas wielu, a nurt życia niesie nas przez różne państwa. Nurka-emigranta można już znaleźć w 16 krajach i 28 miastach.

Miejsca wybierasz przypadkowo, tam gdzie akurat trafi się okazja, czy każda ściana ma dla Ciebie większe znaczenie?
Staram się wchodzić w dialog z otaczającą przestrzenią i wpisywać w nią swojego nurka – tak pracować ze skalą, żeby prace były zauważalne, a jednocześnie współgrały z otoczeniem i architekturą. Choć pod względem gabarytów bywałem ograniczony. Wszystkie projekty powstawały w kawalerce, w której mieszkałem z dziewczyną, więc stworzenie czegoś dużego było sporym wyzwaniem.
Tego lata nurek zaczął pojawiać się też w wodzie. Chyba byłem nad wszystkimi warszawskimi akwenami. Oglądałem je z zewnątrz, a w wielu chodziłem po dnie, żeby zrozumieć, w jaki sposób można tam umieścić instalację. Na Polu Mokotowskim okazało się, że dno jest betonowe. Zrozumiałem to dopiero późno w nocy, kiedy przyjechałem montować pale. Musiałem przygotować zupełnie inną konstrukcję do zamontowania pracy, która i tak stała tam tylko trzy dni.
Nurek zadomowił się już w świadomości wielu warszawiaków. A jak Ty odnalazłeś się w naszym kraju?
Polska to wspaniały, przyjazny kraj, który przyjął nas i wsparł z ogromnym ciepłem oraz zrozumieniem. Emigracja to jednak złożony proces, który wymaga sporo czasu. Doświadczyłem wielkiej życzliwości ze strony mieszkańców i jestem im za to niezwykle wdzięczny. Kto wie, może kiedy moja dziewczyna skończy doktorat, wrócimy tutaj.

Polska przyjęła wielu migrantów ze Wschodu, w tym doskonałych artystów. Od kilku lat na ulicach możemy obserwować powiew świeżości. Na jakich twórców warto zwrócić uwagę?
Oj, to trudne pytanie. Street artu jest tak naprawdę bardzo dużo i czasami nawet nie wiesz, kto jest autorem danej pracy. Wiele osób się nie podpisuje i zupełnie to rozumiem. Ktoś zrobi kilka ciekawych rzeczy i przestaje, co też jest naturalne. Jeśli miałbym ograniczyć się tylko do Warszawy, to na myśl przychodzą mi przede wszystkim Street Wind oraz Rybautka. Tworzą regularnie, a ich prace można spotkać w wielu miejscach.
A kto był dla Ciebie największym odkryciem, jeśli chodzi o polski street art?
Przez długi czas nie tworzyłem i nie śledziłem środowiska streetartowego, dlatego wszyscy, których tu zobaczyłem, byli dla mnie odkryciem. Wielu młodych artystów próbuje swoich sił w tej dziedzinie i to jest świetne. Na myśl przychodzi mi Jagoda Saigon, która robi dość agresywny i bezpośredni w wyrazie street art, ale też Słońce w lipcu – przesympatyczny chłopak, który tworzy urocze rysunki i ciepłe, pełne emocji prace.
Z tych bardziej dojrzałych i uznanych artystów to NeSpoon – uwielbiam jej ogromne murale i kameralną, miniaturową ceramikę. No i Tope. Wydaje mi się, że pojawił się jakieś trzy lata temu, chociaż mogę się mylić. Można go spotkać w niewiarygodnych miejscach. Wypełnił całą przestrzeń wokół siebie.

Nadszedł czas na kolejny rozdział. Niedawno informowałeś o swoich planach, a dziś jesteś już po przeprowadzce do Niemiec. W jakiej odsłonie pojawi się tam nurek? Będzie trzymał kebaba, kufel piwa, a może pojawi się w towarzystwie niedźwiedzia, który jest symbolem Berlina?
Na tę chwilę jeszcze nie mam na niego gotowego pomysłu. To zajmie trochę czasu. Muszę przyzwyczaić się do nowego życia i oswoić z przestrzenią. Pomogą w tym spacery i klasyczne rysunki. Coś wymyślę, zobaczycie!
Rozmowa z Mihasiem Mishukiem, znanym jako ArtMihus (@artmihus) – białoruskim artystą, którego twórczość skupia się na doświadczeniu migranta. Mihas ukończył Akademię Sztuk Pięknych w Mińsku, gdzie studiował na Wydziale Malarstwa. Działa jako niezależny artysta oraz scenograf przy produkcjach telewizyjnych i filmowych.

