Miasta przepełnione są wulgarnymi hasłami, a na murach rozgrywają się wojny kibiców, którzy w ten sposób znaczą swój teren. W Łodzi odrobinę luzu postanowił wprowadzić Janusz III Waza, znany z humorystycznych haseł o Widzewie i ŁKS.
W Polsce chyba nie ma drugiego miasta, w którym napisy na murach pojawiałyby się z taką intensywnością i pozostawały na nich nienaruszone przez lata. Myślisz, że mieszkańcy Łodzi i władze przymykają na nie oko? W końcu najczęściej powstają na pofabrycznych budynkach, betonowych płotach lub kamienicach, które – nie ma co ukrywać – są w fatalnym stanie.
Nie spodziewam się, że mieszkańcy Łodzi czują zbiorową odpowiedzialność za moją twórczość. Raczej może być to kwestia tego, że napis psiuknięty na dojechanej ścianie zwyczajnie nie drażni jak ten na świeżynce. Kto i po co zajmowałby się odmalowywaniem ścian pustostanów?
Niektóre hasła trzymają się latami, ale myślę, że jest to kwestia przypadku. Zdarzało się za to, że mój napis został zamalowany, a następnie ktoś przyszedł i go odpsiukał; ktoś inny wymienił RTS na ŁKS lub odwrotnie. Powiedziałem sobie kiedyś, że jak praca wisi 48 godzin, to już jestem usatysfakcjonowany. Ulica to otwarta galeria. Nie oczekuję długowieczności swoich dzieł.

Zasłynąłeś dzięki wspomnianym już hasłom o wojnie między ŁKS a Widzewem, ale coraz częściej wychodzisz poza ten kontekst. Ostatnio po sieci krążyły zdjęcia napisu Makłowicz to dar od boga, a kilka dni temu sam sfotografowałem Ubaw przed pachy.
Staram się wychodzić poza ten kontekst i to z kilku powodów. Po pierwsze – aby samemu sobie nie wydawać się śmiesznym, przez to że 15-20 lat temu wymyśliłem jakiś wzorzec na hasła i będę się go trzymał w nieskończoność. Po drugie, jestem regularnie okradany ze swojej twórczości. Nie chcę dostarczać darmowego kontentu firmom marketingowym. Kolejny powód – nie lubię nudy, trza eksperymentować.
Hasło – Mefedron to dar od boga – napisałem pod chatą mojego kolegi (pozdrawiam Enduro), ale gdy zobaczyłem je za dnia, uznałem, że to jednak przegięcie pały. Widziałem radiowóz, który zaparkował pod napisem. Policjanci wyszli, zauważyli hasło i pędem wskoczyli znowu do auta, aby je przeparkować. Szkoda, że nie zdążyłem sfocić. Mefedron wymieniłem na Makłowicza.
Przyznam, że od początku działałem z pobudek egoistycznych. Robiłem hasła dla siebie. Chciałem widzieć właśnie takie głupoty – na cegłach, pustakach, płytach gipsowo-kartonowych, OSB, na bloczkach betonowych. Oczywiście można się spierać – czy to, co robię, jest wandalizmem czy przejawem sztuki ulicznej? Sam nie znam odpowiedzi. Jes jak jes.

Co ciekawe, absurdalną walkę między klubami kontynuowałeś również na ścianach innych miast. Gdzie najdalej wypsiukałeś coś o ŁKS-ie?
Coś tam się na wczasach psiukało: Zgierz, Nowy Jork, Berlin, Frankfurt, Edynburg, Madryt, Kopenhaga, Bali, Malta, Pafos, Szczecin, Poźrzadło Małe, Lubiechowo przy trasie wojewódzkiej numer 163.
Namieszałeś nie tylko w środowisku kibiców, ale też wśród językoznawców. O Twoich hasłach wypowiadał się sam profesor Bralczyk, a jeden z wykładowców Uniwersytetu Łódzkiego podkreślił ich ogromną wartość językową. Może kiedyś licealiści będą analizować je na maturach, a tak na serio… napisy powstają spontanicznie czy idziesz na miasto z gotowymi pomysłami?
Różnorako. Pierwsze hasła pisałem spontanicznie, po czasie wleciał notesik, który wielokrotnie się gubił i odnajdywał. Obecnie nie mam pojęcia, gdzie przebywa. Teraz wysyłam sobie po prostu wiadomości na mesendżerze i to najlepiej się sprawdza. Ratio, poza tym, że mało działam, to jakieś dwie trzecie haseł przygotowanych wcześniej, reszta spontan.
Przekaz, jaki tworzę, paradoksalnie odchamia łódzką przestrzeń. Prawilna mordeczka stojąca na przystanku przy haśle – ŁKS robi herbatę w wodzie po pierogach – wzbudzi co najwyżej uśmiech politowania. Jest to coś unikalnego dla Łodzi.
Dumny jestem z tego, że faktycznie udało mi się stworzyć nowe zjawisko kulturowe. Widziałem moje hasła wykorzystywane na transparentach podczas strajków kobiet; widziałem je odpisywane w różnych częściach Polski. Ostatnio dostałem zdjęcie ze Szczecina – RTS myśli, że in vitro to pizzeria.

Michał Bieżyński z Łódzkiego Centrum Wydarzeń śmiał się, że od lat zaprasza do miasta światową czołówkę artystów, a w sumie zyskałby większy rozgłos, gdyby w formie muralu przeskalował jedno z Twoich haseł.
Kiedyś na wycieczce śladami łódzkich murali grupka oglądała akurat słonia z balonikiem, pracę grupy Etam Cru. Ktoś rzucił, że za rogiem jest jedno z tych haseł. Grupa od razu przeszła fotografować – ŁKS tańczy jak mu zagrają – olewając wielkoformatowe malarstwo ścienne.
Można powiedzieć, że jeden z moich tekstów widnieje już na łódzkich ścianach w formie muralu. Niestety nikt w sprawie wykorzystania hasła się ze mną nie kontaktował. Agencja, która ogarniała to wydarzenie, dostała rok później nagrodę w prestiżowym konkursie kampanii reklamowych, bodajże za kreatywność…
Stałeś się elementem popkultury, z której chętnie czerpią ludzie z marketingu. Chyba najgłośniej było o kampanii lotniska w Łodzi.
Nie rozumiem, czemu łódzkie lotnisko nie odezwało się do mnie w sprawie napisów – hej Janusz, masz tu dwajścia złoty na puszku i pisz, robimy to przy oficjalnym zbiciu piątki. Pani prezydent będzie rzucać ryż, będą kanapki z lepszą szynką, a groupies będzie trzeba odganiać kijami. Dostaniesz honorowe obywatelstwo Łodzi, będziesz mógł jeździć tramwajem na bałucki za frola. Nie. Zrobili koślawe pastisze z żartami na poziomie Studia YaYo. Pewnie też dostali za to nagrodę. Aż boję się sprawdzić.
Być może każda próba przeniesienia Twojej estetyki do świata reklamy skończyłaby się lekką kraksą. Może napisy na murach, zamiast lądować na bilbordach albo postach na fejsie, powinny pozostać tam, gdzie ich miejsce – na ulicach?
To, że hasło jest umiejscowione nielegalnie na ulicy, na pewno dodaje mu pikanterii. Z reguły staram się wrzucać teksty w trudnych miejscach. Mógłbym zrobić robotę na jakiejś schowanej ścianie, mniej przypału w trakcie procesu, a w necie hulałoby tak samo.
Psiukałem za dnia na Stadionie Santiago de Bernabeu w Madrycie, na Limance, Piotrkowskiej, na rynku w Krakowie i Poznaniu (na objechanych ścianach!), na wprost Dworca Centralnego w Warszawie. Przypałowe, gęsto uczęszczane miejsce daje więcej satysfakcji. Wiem, że hasło zobaczy mnóstwo ludzi, nawet tych nieobcykanych w internetach.
Czy napisy powinny pozostać tylko na ulicach? Może tak, może nie – to, co myślę w tej sprawie, nie ma znaczenia, bo i tak nie mam na to wpływu. Bardzo długo nie fotografowałem swoich haseł i nie zamieszczałem ich w internecie, a mimo wszystko i tak tam lądowały.
A czy moje hasła mogłyby dobrze zagrać w jakiejś oficjalnej kampanii reklamowej? Myślę, że jeśli znajdę fajny kontekst, a żart będzie klepał, będzie oszczejszy, ale jednocześnie w dobrym guście… to muszą.

Wróćmy jeszcze do pani prezydent. Ryżu nie rzucała, honorowego obywatelstwa też nie przydzieliła. Inaczej wygląda sprawa w Poznaniu, gdzie z prac Noriakiego, a konkretniej z powielanego przez niego Pana Peryskopa, miasto uczyniło jeden ze swoich symboli. Żałujesz, że Twoje napisy, choć wywołują sporo dyskusji, a sam masz potencjał medialny, nie są bardziej promowane?
Jakikolwiek ukłon w moją stronę ze strony miasta przyjąłbym jak barszcz. Lubię barszcz. Przykładowo na gmachu TVP powinni umiejscowić reflektor rzucający 3 kreski w stronę nieba i włączać go za każdym razem, gdy miasto potrzebuje mieć bekę.
A tak na serio – zdaję sobie sprawę, że idea nie podlega ochronie przez prawo autorskie. Zamiast tę ideę kraść i robić to kiepsko, warto by tym ukłonem było chociażby zaproponowanie współpracy, tak jak dzieje się to w wymienionym przez Ciebie Poznaniu. Takie rozwiązanie byłoby korzystne dla wszystkich stron – zarówno włodarzy miasta, jak i odbiorców. Tym samym działania byłyby skuteczniejsze. Wiecie, w który kontener pukać, jestem na miejscu – remonty.elewacji@gmail.com.

Na koniec – jak postrzegasz to, co aktualnie dzieje się na ulicach Łodzi?
Lubię hasła Kacpra Sikory, na przykład napisane na ścianie bałuckiego barłogu Tyle piękna wokół, że trudno to znieść. Lubię dobre napisy anonimowych twórców.
Jeśli chodzi o murale, ostatnie dzieła to klaps w oczy. To, co widnieje na Pomorskiej 58 lub przy nocnym na Wojska Polskiego – jak mówi młodzież – to technicolor yawn. Nie lubię pstrokacizny, prac, które powstają na ekranie komputera i mogłyby być wklejone w dowolną miejską ścianę. Lubię murale, które potrafią wkomponować się w przestrzeń. Jako dobry przykład wpasowania w okolicę wymieniłbym pracę Aryza z ulicy Wróblewskiego. Bardzo mi się też podoba najnowszy mural NeSpoon przy Wólczańskiej 217.
Rozmowa z Januszem III Wazą – psiukaczem i żartownisiem. Jego napisy od lat pojawiają się na łódzkich murach (i nie tylko), a styl chętnie naśladują ludzie z agencji reklamowych (bez wcześniejszego zbicia piątki).